Aloha!!!
Zły dzień...co to tak naprawdę znaczy. Myślę, że wymiar takiego uczucia jest względny. Kiedy już czujemy, że gorzej być nie może życie zaskakuje nas nowymi rewelacjami. Los z uśmiechem na ustach i piosenką pt."A co tam tyle wytrzymał to dołożę mu jeszcze więcej na barki" kombinuje jak tu nam ubarwić egzystencję. Ostatnio czuję się jak by ktoś tam na górze dość mocno testował moją wolę przetrwania na tym ludzkim padole. Jak mogliście zauważyć od jakiegoś czasu nie pojawiały się nowe teksty. Nie ukrywając nie było kolorowo. Po tych prawie 2 tygodniach czuję się tak pusta emocjonalnie jak gumowy kurczak moich psów. A dokładniej ujmując to co z niego pozostało. Aktualnie nie ma już głowy, została mu jedna noga, a piszczące "serce" zostało bezceremonialnie wyrwane i zmielone w psyku mojego słodkiego Yorka. Dokładnie tak się czuję. Chociaż brak głowy mógł by być nawet przyjemny, może wtedy znikł by ten pulsujący ból w mojej czaszce. Naprawdę czuję się zmęczona, wymięta, zgnieciona i rozdeptana jak komar, któremu wszyscy życzą śmierci. Dawno już tak źle się nie czułam. Paradoksalnie moje ciało, w sensie fizycznym, dawno nie było w tak dobrej formie. Mój brzuch i pośladki zaczynają nabierać całkiem ładnych kształtów, a siła w rękach pozwala mi na dźwiganie Królika bez większego marudzenia. Niestety moje wewnętrzne samopoczucie jest przeciwieństwem moich coraz to większych bicepsów. Czuję się tak jak bym cały czas była poddawana jakimś próbom. W kółko pojawiają się nowe challeng'e i z levelu na level są co raz trudniejsze. Jak już sobie z jednym poradzę to zaraz wyskakuje mi nowy i to od razu wali pełną parą prosto w mój emocjonalny "splot słoneczny" sprawiając, że nie mogę oddychać. Jest mi naprawdę ciężko. Z natury jestem osobą, która nigdy się nie poddaje bez walki. Uważam, że zawsze jakoś sobie można poradzić. Nie ma sytuacji bez wyjścia... Powoli zaczyna brakować mi pozytywnych emocji. Co raz częściej się przekonuję, że są sprawy beznadziejne, gdzie nic nie da się zrobić. Jak wcześniej wysiłek sprawiał, że zapominałam o problemach, tak teraz nawet to już nie pomaga. W dodatku, dźwigam na swoich barkach nie tylko swoje zmartwienia. Dodatkowo mam jeszcze te Pana X. Niestety mój mąż nie potrafi zostawiać pracy poza domem i często przynosi problemy ze sobą. Przekłada się to na nasze prywatne życie, które przez to nie staje się wcale bogatsze. Nie przeszkadza mi to w sumie od tego ma się to drugą osobę, żeby cię w spierała w trudnych chwilach. Powinno się razem szukać wyjścia z sytuacji. Ostatnio nie bardzo nam to wychodzi. Sama też ostatnio miewam chwile zwątpienia. A cały dzisiejszy czas jest chyba apogeum te wszystkiego co ostatnio się dzieje... krótko wyliczając:
1. Zasypało nam drzwi...(śnieg...i brak łopaty do odśnieżania)
2. Zasypało mi samochód (brak odpowiedniej miotły do odśnieżania, w dodatku nie zdążyłam umyć samochodu więc całe to błoto pośniegowe schodzi jeszcze ciężej)
3. Zgubienie bardzo ważne rzeczy (to już w ogóle M.A.S.A.K.R.A!!!!! )
4. Chory dorosły mężczyzna w domu ;]
5. Chory mały mężczyzna w domu ;]
6. Użeranie się z psami, bo nie mają zamiaru wychodzić na spacer w taką pogodę (Jack oddala się na pół metra od drzwi po czym staje i się na mnie patrzy z miną "sama się tu załatwiaj...mi wszystko zamarza")
7. Kursowanie między domem a pracą Pana X (dzisiaj dokonałam tego 2 razy)
8. Walka z Królikiem (oj tak moje słodkie małe dziecko zaczęło dość mocno i głośno manifestować to czego chce. A tylko spróbuj człowieku zrobić coś nie po jego myśli. Kończy się to wrzaskiem i rzucaniem rzeczami we wszystkie strony. Czasami nawet krwawymi ranami, ja już mam 3 strupy na twarzy.)
9. Cały mój dzisiejszy plan mi się rozsypał...a bez planu jestem jak dziecko we mgle...
Co za koszmar...!!! Dobrze, zaraz ten dzień się skończy...Jutro będzie lepiej...Musi być...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz