czwartek, 4 lipca 2013

Zmęczenie, rozdrażnienie = PROBLEMY!?




No i koniec...Musiałam wyjechać z domu. Niestety... Nie jestem z tego dumna. Zdaję sobie sprawę, że jeśli coś się psuje w związku należy to w jakiś sposób rozwiązać. Jednak tym razem już nie wytrzymałam. Atmosfera i relacja między mną a Panem X osiągnęła apogeum. Milczenie, wzajemna złośliwość, dogryzanie sobie czy obrażanie stały się czymś normalny. Nie wiem jak jemu ale mi to nie pasuje.Wydaje mi się, że znam powód naszych problemów. ZMĘCZENIE...Ja jestem padnięta bo przez cały dzień funkcjonuję w 2-3 godzinnych odstępach zajmowania się naszym Pączkiem. A w przerwach nie ma czasu na spanie bo trzeba porobić porządki domowe czy chociaż by popracować. Pan X pada na twarz jak wraca z nocnych dyżurów. Ostatnio jest mu dość ciężko bo ludzie mają tendencję do nie spania po nocach i całymi chordami odwiedzają szpitale z każdą pierdołą za jaką można dostać zwolnienie lekarskie. Generalnie oboje śpimy maksymalnie po 4-5 godzin na dobę. Nie lubię uciekać od problemów, ale wydaje mi się że obojgu nam przyda się ta chwilowa rozłąka. Przed samym wyjazdem jeszcze zdążyliśmy pokrzyczeć sobie...brrryy aż strach się bać. Nigdy na siebie nie krzyczeliśmy a tu proszę. Każde z nas potrzebuje chwili dla siebie... Ciągle nie da się siedzieć razem, czasami trzeba się za sobą stęsknić. Ostatnio nie było ku temu okazji bo ostatnie 2 miesiące przed porodem siedziałam w domu a teraz cały czas ktoś nas nawiedzał i trzeba się było gośćmi zajmować. Prawda jest taka, że nie było również chwili na to, żeby posiedzieć tylko w trójkę. Najpierw odwiedziła nas jedna część rodziny a później druga. Zwrócę tu uwagę, że Pan X nie przepada za dużym tłumem ludzi przewijających się przez nasz dom. Najczęściej wtedy siedzi i się nie odzywa albo ucieka pod pretekstem załatwiania spraw. Tak, więc wyjechałam. Zabrałam Królika, psy i przyjechałam do rodziców. Co prawda już po pierwszym dniu szlak mnie zaczął trafiać przy, życiowych mądrościach mojej rodzinki to jednak ma chociaż parę momentów tylko dla siebie. Przynajmniej nie muszę się martwić o to, że Pączkowi coś się stanie. W tej kwestii ufam mojej mamie. Tacie nie do końca...jemu malucha bym nie zostawiła. Już po pierwszym dniu nieobecności Pan X stał się dużo milszy i próbuje namówić mnie na szybszy powrót do domu. Nauczona jednak wcześniejszymi doświadczeniami, muszę wytrwać do końca ustalonego pobytu bo inaczej cała sytuacja się powtórzy. U rodziców przynajmniej nie muszę gotować ;) Też tęsknię za Panem X, nawet bardzo ale musimy dać sobie czas...Miejmy nadzieję, że wszystko się ułoży w taki czy inny sposób. Wydaje mi się, że posiadanie dzieci to duża próba dla związku. Oboje rozdrażnieni, nie wyspani...tylko czekać, aż jedno drugiemu nastąpi na odcisk. Mam nadzieję, że My to przetrwamy...musimy w końcu...Nie może być inaczej ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz