No to wróciłam do domu. Czy coś się zmieniło? W sumie sama jeszcze nie wiem. Dopiero jedna noc minęła jak jestem znowu w moim prywatnym "Końcu Świata". Jak na razie Pan X stara się mi pomagać i już nie zachowuje się jak nastolatek. Dlaczego nastolatek? Ponieważ pierwsze co robił po powrocie z pracy to było włączenie komputera i granie w swoją grę. Zobaczymy co będzie dalej.
Mimo tego, że Królik nie daje mi dzisiaj chwilki oddechu miałam moment na przeczytanie tekstu mojej znajomej. Ona również, jakiś czas temu urodziła małego człowieka i jest z tego powodu bardzo szczęśliwa. Jej post dał mi pewną nadzieję. Dzięki bogom nie zwariowałam! Myślałam, że tylko ja mam problemy z tożsamością pt. "Kim ja właściwie jestem". Okazuje się, że chyba każda kobieta przechodzi podobny kryzys po ciąży. Niektórych dopada to szybciej innych później. Mnie ta przypadłość dopadła kiedy między mną a Panem X przestało się układać. Czyli mniej więcej 3 tygodnie od porodu. Pewną znajomą dopadło dopiero po latach jak jej córka urosła i poszła do szkoły. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że nie wie kim jest i co teraz ma ze sobą zrobić. Nagle zyskała sporo wolnego czasu i nie wiedziała co dalej. Stała się tylko jednowymiarową postacią, czyli "matką polką". Czas zajmowało jej sprzątanie, lulanie, gotowanie, zabawianie itp.. Zupełnie jak statystyczna mieszkanka naszego kraju z przed lat, kompletnie zapominała o sobie i chciała robić wszystko sama. W pocie czoła dogadzała nie tylko dziecku ale i całemu światu na około. Do celowo załamała się i aktualnie chodzi na terapię. Cóż...wolała bym, żeby ta radość mnie ominęła. Chciała bym zachować swoje zdrowe zmysły i swoją tożsamość. Co się tyczy mnie to powoli zaczynam być przeraźliwie przeźroczysta i przypominam postać z filmów Tim'a Burton'a. Zapadnięte policzki, ogromne cienie pod oczami. Jedyne czego mi brakuje do dopełnienia całego wizerunku jest przerażająca chudość. Jak na razie schudłam 11 kg niby sporo ale pozostaje mi jeszcze parę do zgubienia. Po przyjeździe do domu rodziców, mama przestraszyła się, że jestem zabiedzona i kazała mi siedzieć na słońcu po 2 godziny dziennie. Nie wiele to jednak dało ponieważ, moja skóra stała się chyba odporna na promienie słoneczne i opalenizny ani widu ani słychu. Reszta rodziny stwierdziła, że w życiu nie widzieli mnie w takim stanie. He...po czym skwapliwie dodali, że "Całkiem ładnie wyglądam i macierzyństwo mi służy". Wygląda na to, że nie tylko ja jestem fanem makabrycznego stylu filmów Burton'a albo aktualny kanon piękna uległ zmianie.
Co się tyczy dzisiejszego tytułu... "Miej wy..nie a będzie ci dane". Czysta, życiowa prawda, którą usłyszałam dzisiaj w radiu. Prowadzący rozmawiał z twórcami najnowszej metody radzenia sobie z życiem. Została odkryta w Wielkiej Brytanii przez małżeństwo ludzi posiadających liczne potomstwo. Radzili, żeby się nie przejmować tak bardzo i nie brać życia całkiem serio. Co najważniejsze przestać mieć oczekiwania wobec ludzi i rzeczywistości a nie będziemy musieli przeżywać zawodów. O dziwo brzmi to bardzo znajomo...ciekawe dlaczego?! Ilość spraw, która mnie ostatnio przytłoczyła przechodzi ludzkie pojęcie. Dziecko, karmienie, walka z mieszkaniem, urzędy, nauka obsługi miniaturowego człowieka. Matko nawet nie wiecie iloma sprawami, człowiek się przejmuje. Każdy jęk lub stęk małego podkładałam analizie. Przeczytałam chyba wszystkie możliwe poradniki o tym co może oznaczać każdy płacz czy grymas. Tak moi drodzy teraz istnieje pewna magiczna książka, a w niej tabelka dzięki, której możesz dogadać się ze swoim niemowlakiem. Tak czy owak sporo tego było. W dodatku Pan X wcale nie ułatwiał mi życia. Oczywiście jak to ja wszystkich na około chciałam zadowolić i każda sprawa do załatwienia była najważniejsza. Jak wiadomo skończyło się to załamaniem nerwowym i ogromnymi problemami z Panem X. Oboje mieliśmy przeciążone obwody i każde było przemęczone. Dlatego kiedy w radiu przytoczyli powyższą maksymę, czułam się jak by ktoś dał mi patelnią w głowę. "Boże co ja robię?!", "Po co to wszystko", "Na co mi tyle stresu"...Zapomniałam wspomnieć, że w tym czasie jechałam samochodem...ta... rozmyślania na temat własnej egzystencji w aucie nie były jednak najmądrzejszym wyborem. Ponieważ chwilkę później zarysowałam przedni zderzak i bok czarnego audi. Cała sytuacja skończyła się dobrze. Co prawda mój portfel jest szczuplejszy o 400 zł to jednak cała sytuacja skończyła się całkiem spokojnie. Nie wiem czy to z powodu "najnowszego odkrycia" sposobu na przetrwanie czy zwykłe szczęście głupiego to wydaje mi się, że ta stłuczka trochę mnie otrzeźwiła. Czasami, człowiek potrzebuje jakieś kopa od życia, żeby przestał biadolić...;)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz