środa, 28 sierpnia 2013

Made My Day...Grubasy na końcu świata...Pan X vs. bieganie...kto wygrał??



I jak ja mam się odchudzać...kiedy tyle słodkości dookoła. Naprawdę staram się jak mogę. Cały dzień odmawiam sobie czekolady aż skusił mnie batonik...ech...czasami moja wola mnie zawodzi. ech...za to wybrałam się w końcu na bieganie. Miałam 3 dni przerwy i naprawdę ciężko było mi się zebrać do kupy. O dziwo nawet Pan X wybrał się ze mną na przebieżkę. Wyglądaliśmy dość specyficznie, ja biegnąc z wózkiem z przodu, a Pan X z dwójką małych piesków na smyczy z tyłu. He...w dodatku mały Królik był dość mocno nie spokojny całą trasę. Równało się to głośnym stękom i jękom wydobywającym się z gondolki. Kierowcy jak zawsze podziwiali moje męki dopingując swoimi zdziwionymi minami. Zawsze spoglądają na mnie jak na zjawisko lub kosmitę. Pod koniec trasy Pan X poczuł się tak pewnie biegnąc, że mnie wyprzedził. Paskuda nie dobra, wie nie lubię przegrywać. Poza tym znowu wróciły wspomnienia z przed lat jak wyprzedzano mnie w szkole. Zawzięłam się, żeby trochę przyspieszyć, ale moje przykrótkie, pałąkowate nogi nie miały szans ze zmęczeniem i tempem Pana X. Kara go jednak nie ominęła, następnego dnia miła takie zakwasy, że po schodach nie mógł zejść ;D. Hehehehe...masz za swoje!!! Młahahahaha...złowieszczy śmiech pełen satysfakcji.  Jak to jest, że w rodzinie nikt mnie nie słucha jeśli chodzi o sport. Jestem świetnym trenerem, a oni mi nie ufają. Cóż wychodzi na to, że dla rodzinki jestem nie wiarygodna. W tym moim "Końcu Świata" mało kto uprawia sport. Wyjątek stanowią dzieci. Dorośli jednak nie grzeszą chęcią do wysiłku. Widać to po rozmiarach mieszkańców. Podczas wspólnych wycieczek z Królikiem zaważałam, że naprawdę sporo tu ludzi w rozmiarach przekraczających 40. Daje to pewną niszę biznesową, można by otworzyć sklep z ciuchami w rozmiarach XXL ;). Większość asortymentu powinny stanowić dresy, tu prawie wszyscy chodzą w dresach. Jednie w niedzielę do kościoła potrafią się "odstawić" i wyglądają jak z najnowszego wydania "Vogue". Wiem, że myślicie że przesadzam z tą oceną, ale uwierzcie mi dawno nie widziałam tylu ludzi których jednym sportem jest koszenie trawnika. Ciekawe czy tym ludziom nie jest ciężko w życiu? Takie słowa padły kiedyś z ust mojej Pani od Baletu do bardziej korpulentnej koleżanki. Z przykrością podpowiedź na to pytanie uzyskałam z własnego doświadczenia. 9 miesięcy bycia morświnem wystarczyły do stwierdzenia, że parę kilo nadwagi to zdecydowanie nie fajna sprawa. Człowiek się poci się jak prosiak, stopy przypominają nogi hobbita, a co najgorsze trzeba dźwigać dodatkowy ciężar przy treningu. Następstwem tego wszystkiego jest słabe samopoczucie, wyrzuty sumienia, niska samoocena, brak butów i wysiadające stawy.  Nie wspominam już o przykrym zapachu. 
Masakra... Dzisiaj jakoś słabo się czuje...nie wiem czy to spowodowane jest złym ciśnieniem czy może koniecznością wstawania o 5 rano. Do dwóch dni muszę dowozić Pana X do pracy. Zmuszony był oddać swój samochód do naprawy. Już sama nie wiem ile razy był u mechanika w przeciągu ostatniego pół roku. Z kasę naprawiania jednego z naszych staruszków mogli byśmy już kupić nowy samochód i to całkiem niezłej marki. Ale co tam ja za to nie płacę ;P. Jak facet chce się męczyć to proszę...ja się nie kłócę. 

Parę zdjęć które mnie zainspirowały :)










1 komentarz: