czwartek, 22 sierpnia 2013

SuperGirl...Bieganie...ha...pokonałam swoje lęki...fearless...

Aloha!!!
Nie uwierzycie co się dzisiaj stało. Pierwszy raz od czasów liceum biegałam w terenie. Ja...biegłam na zewnątrz na nie w siłowni...i to bez przymusu. W życiu bym siebie nie podejrzewała o taką próbę wysiłkową i psychiczną. Ha...i to nie tylko biegłam, ale również pchałam wózek przed sobą!!! Szczerze to moje największe osiągnięcie na tej płaszczyźnie. Od kąd pamiętam cały okres szkolny, począwszy od podstawówki unikałam biegania jak ognia. Przerażała mnie perspektywa zdawania biegu na 600 metrów. Popularnie tak zwana "szejsetka". Nie wiem jak wy wspominacie podobne koszmary, ale dla mnie to był moment upokorzenia i potwornej męki. Kiedy Pan Od W-F'u zapowiadał, że będziemy biegać  automatycznie moje tętno drastycznie wzrastało a oddech przyspieszał jak bym już przebiegła ze 100 kilometrów. Po nocach śniły mi się koszmary jak biegnę i się potykam, po czym przybiegam ostatnia na metę. A Pan Od W-F'u patrzy na mnie oceniając mnie jako największą łamagę w klasie. Boże...nadal jak myślę o tym staje mi przed oczami obrazek boiska na tyłach Szkoły Muzycznej i nieustraszony Pan G. (nie napiszę nazwiska ale kto uczęszczał do tej szkoły zna jego sławetne powiedzenie "szkoła specyficzna", jego delikatne określanie na szkołę specjalną ;]). Pamiętam jak dzisiaj, że zawsze gdy biegaliśmy było strasznie gorąco i jak tylko wychodziliśmy na ten potworny beton zaczynałam się pocić. Ech...wszyscy zawsze mnie wyprzedzali...to chyba było najgorsze. Upokorzenie bycia ostatnim i brak komfortu w bieganiu. Później w liceum nasz ukochany Pan Mareczek był na tyle litościwy, że przymykał oko na fakt maszerowania zamiast biegania po parku. Wymagał jedynie tego, żeby dotrzeć na metę. He...w tedy jakimś dziwnym trafem zawsze miałam zwolnienie z zajęć lub okres...hehehe...Przynajmniej nie byłam sama z takim kombinowaniem. Okazało się, że w klasie biologiczno-chemicznej nie wszyscy byli zapalonymi biegaczami...zawsze miałam towarzystwo na ławeczce leserów. ALE Z TYM KONIEC... przemogłam się do biegania już jakiś czas temu. Potrafię naprawdę długo biec na bieżni...ale bieganie na świeżym powietrzu było dla mnie wyzwaniem. Chyba z powodu urazów psychicznych z czasów szkolnych nie umiałam prawidłowo podejść do treningu.  Dzisiaj jednak podjęłam wyzwanie przełamania swojego fatum. Znalazłam stronę dla początkujących biegaczy i zakupiłam książkę pt. "Bieganie dla opornych". Szczerze to naprawdę pomaga...PRZEŻYŁAM CAŁY TRENING i się nie padłam na twarz w trakcie biegu. Wychodząc z domu miałam przed oczami swój dziwny styl biegania (w terenie biegam jak rasowa baba...;] wygląda to dość zabawnie ;]) plus publiczne upokorzenie z powodu porażki. A tu proszę...cała trasa bez przystanku i z uśmiechem na twarzy. Podstawowa zasada to mieć jakiś cel...moim jest pozbycie się tłuszczyku z pośladków!!!...Całą trasę wyobrażałam sobie swój obwisły tyłek. Ta myśl dała mi taką motywację, że nawet się nie obejrzałam a było już po treningu. Ha...jak mówi moja magiczna książka "PODSTAWA TO MOTYWACJA"!!!!!!!!!!!!!!!





 teraz Czuję się Jak SUPERGIRL!!!!!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz