Hi everyone!!!
Nareszcie koniec tej szalonej jazdy samochodem. Co za koszmar...szkoda, że jeszcze nikt nie wymyślił teleportu. Była bym pierwszą osobą, która by takie cudo zakupiła. Zupełnie jak w Star Trek'u, znikalibyśmy w kolorowych światłach i "BAM!!!" pojawialibyśmy się w wybranym przez siebie miejscu. He...wczoraj w radiu słyszałam historię o mężczyźnie śpiącym sobie spokojnie w rowie (oczywiście po bardzo zakrapianej imprezie), który przy pomocy załogi pewnego auta teleportował się 500 km dalej. To dopiero musiał mieć zdziwioną minę ("Dobra impreza była"). On na pewno mógł by uwierzyć w istnienie teleportacji :). Tak czy owak...przesiadywanie w zimnej, stalowej puszce nie należy do najprzyjemniejszych. Szczególnie wtedy gdy mały niemowlak, który właśnie nauczył się raczkować próbuje uciec ze swojego fotelika i maszerować po tobie do upadłego. I to wszystko na tylnym siedzeniu małego samochodu załadowanego po same pachy. Dodatkowo, gdy nie dzieje się jak on chce, bardzo głośno wyraża swoje niezadowolenie. Po prostu krzyczy tak głośno i długo, aż znowu zaśnie...ech...te rodzinne podróże...sama słodycz. Ale czasami warto się przemęczyć. Dla rodziny warto...wiem, że to brzmi bardzo tandeciarsko, ale mimo to bardzo się cieszę. Udało nam się zobaczyć wszystkich. Kosztowało nas to częściową utratę słuchu i totalne rozregulowanie trybu dnia malucha. Ale życie to pewien cykl kiedy nawet odwiedzanie rodziny zaczyna mieć sens i być cool :). Ok, ale żeby nie było tak słodko przez cały czas to osoby o małym pęcherzu (pozostałość po ciąży) miały by niezły orzech do zgryzienia w 5 godzinnej podróży. Stan toalet na stacjach benzynowych woła o pomstę do nieba. Na trasie Gdańsk- Ostrołęka większość toalet jest na tym samym poziomie co w Szpitalu, gdzie moje maleństwo odpoczywało. Jednym słowem...koszmar. Albo wszystkie sprzątaczki wzięły wolne w okresie świąteczno-sylwestrowym albo ilość ludzi odwiedzających łazienki była tak wielka, że nie nadążano sprzątać. Sama nie wiem co gorsze. Wolę sobie wyobrażać ilości bakterii na klamce do łazienki...błe...aż ciarki przechodzą. Ale jak mus to mus. Dobrze, że dzięki harcerskim obozom uzyskałam zdolność magicznego korzystania z toalety,tj. bez dotykania czego kol wiek. Czasami takie umiejętności wydają się bardzo praktyczne. Z reguły nasza podróż nie trwa tak długo, w tym roku poza moimi koniecznymi przystankami, Króliczek również potrzebował małych przerw. Nie zapominajmy też o dwóch włochatych towarzyszach podróży, którzy bez przystanków zapaskudziły by całe auto. Szczęśliwie dotarliśmy w tę i w drugą stronę. Teraz czeka mnie powrót do szarej rzeczywistości. Czyli:
1. Na nowo przyzwyczajenie siebie do trybu dnia (totalnie się nie potrafię wrócić do mojej standardowej rutyny)
2. Na nowo przyzwyczajanie Królika do trybu dnia
3. Ogarnięcie mieszkania (przed wyjazdem całą ekipą zostawiliśmy taki bajzel, że nawet kawa w kubku do stała kożuszku na powierzani)
4. Znalezienie tego odpowiedniego trybu dnia (mały już nie potrzebuje tylu drzemek co wcześniej, za to dwa razy tyle marudzi i domaga się noszenia na rękach)
5. Odbudować swoją kondycję (co za koszmar, dzisiaj miała pierwszy trening od tygodnia, całą moją ciężka pracę szlak trafił. Moja pupa jest tak ciężka, jak by ważyła z tonę ołowiu. Przy drugiej godzinie zajęć myślałam, że zwymiotuję. Mój piękny płaski brzuch znowu schował się za zwałami tłuszczu...ech...taka to syzyfowa praca).
6. Zacząć znowu wychowywać swoje psy (za bardzo się rozbrykały, teraz to mój najmniejszy yorki próbuje władować się do łóżeczka Małego. Próbuje przejąć jego terytorium.)
7. Zrobić porządki na strychu i w spiżarni (wejście tam grozi śmiercią pod lawiną...)
Tak...czeka mnie znowu kupa roboty...Lubię to!!!
P.S.
Chciałam "pozdrowić" panią z Empiku, która dzisiaj pozwoliła się władować staremu facetowi w kolejkę, akurat kiedy podjeżdżałam wózkiem. Próbowałam jednocześnie wsadzić smoczka mojemu maluchowi, trzymać zakupy i prowadzić. Nie wiedziałam, że w Polsce obowiązują taka zasada pierwszeństwa, że trzeba podejść prosto do kasy omijając wszystkich w kolejce po drodze. Cóż człowiek uczy się całe życie. Przy moim małym proteście pani uprzejmie stwierdziła, że "dziadyga" był szybszy a ja i tak muszę uciszyć dziecko bo innym w kolejce stać przeszkadza. Za mną stało jakieś 7 osób, z równie zdziwionymi minami...a mi szczęka opadła, aż do kostek. Nawet Pączek podniósł jedną brew i po czym z uśmiechem na twarzy zwymiotował na gumy pod ladą. A masz paskudna babo...teraz sobie to czyść... ;] Tym optymistycznym akcentem...życzę milszych sprzedawców a sprzedawców ostrzegam bądźcie mili dla mam z dziećmi bo jeszcze gumy z wymiocin do końca dnia będziecie czyścić :D
Kilka zdjęć zapowiadających następnego posta :D



.jpg)
.jpg)

.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz