poniedziałek, 23 grudnia 2013

Na chwilę przed najważniejszą kolacją w roku...









Aloha!!!
Jak tam wasze przygotowania do świąt? U mnie jeszcze końca nie widać, chociaż wspólnymi siłami poruszamy się powoli do przodu. Całą operacją pt. "Przygotowanie Do Wigilii" kieruje oczywiście nasz naczelny rodzinny logistyk tj. moja Mama. Od 10 lat przygotowuje wielką kolację dla całej rodziny praktycznie samodzielnie. Ma swój sprawdzony plan, który wykonuje krok po kroku. Przez ostatnie 4 lata nie mogłam pomagać. Docierałam na gotowe, raz wypadły mi egzaminy na studiach, innym razem musiałam być w pracy. Tym razem mam szansę się wykazać. Razem z Królikiem dotarliśmy do Koszałkowa wczoraj wieczorem i od razu zaczęłam pomagać. Co prawda moja rola ogranicza się do sprzątania. Mimo to nie czuję się bezużyteczna. Nie mam większych zdolności kulinarnych, pomagam chociaż ścierając kurze i walcząc z rozgardiaszem w kuchni. Kiedy Szef Kuchni zostawia za sobą ślad mąki ja już czekam, ze szmatką.  Dzisiaj zostały przygotowane trzy ciasta w tym tort waniliowy, czekoladowy murzynek i sernik cytrynowy (mój ulubiony). Powiem wam, że nawet mój tato zabrał się do pracy. To właśnie jego dziełem jest to trzypiętrowe, waniliowe cudo. Po za tym pokroił wszystkie warzywa na sałatkę domową, którą doprawiła mama. Ha...a ja miałam przyjemność już dzisiaj zjeść troszkę na kolację :). Mój mały Pączek jest tak wybawiony,tak że chodzi spać co 2 godziny. Wczoraj zobaczył swoją pierwszą choinkę w życiu. Babcia specjalnie dla niego zapaliła wszystkie lampki. Kochany był najbardziej zafascynowany złotymi i srebrnymi łańcuchami. Uśmiechał się i dotykał paluszkami bombek. Myślałam, że wszystkie pościąga jak szalony, ale on delikatnie muskał opuszkami palców. Naprawdę magiczny widok. My z Panem X niestety nie mamy choinki na Końcu Świata. Kiedy wysłałam Pana X na strych po choinkę wywaliło nam korki i wysadziło żarówkę...he...nie ma to jak mieszkać na wsi. Nie udało nam się po ciemku znaleźć ozdób. A Choinkę chyba zjadły myszy. Trochę smutno... Dzisiaj pierwszy raz Maluch zobaczył morze. Pojechaliśmy na spacerek z psami na plażę. Na szczęście nie wiało mocno i można było spokojnie spacerować. Mały miał oczy jak Pięć Złoty. Taki wypad miał swoje pozytywne skutki. Moje kochanie przestało kaszleć i przeszedł mu katar. Dostał Jodu i poczuł się lepiej. Tutaj jest chyba zupełnie inne powietrze, dużo wilgotniejsze. Partnerem do zabaw stał się starszy synek mojego Kuzyna. Antek został już obśliniony i opluty. Jednym słowem został uznany za swojego. W dodatku wysnuł pewną teorię, "im bardziej Mały go obślini tym bardziej go lubi" :D Nie protestuję i nie wyprowadzam z błędu, bo jeszcze minie zachwyt małym Dzieckiem. Tak czy owak bardzo się cieszę, że jestem w domu. A przy okazji dziękuję wszystkim za ciepłe słowa i życzenia. Mam nadzieję, że wasze święta będą równie kolorowe...:*

PS
W końcu mam możliwość rozpracowania nowego sprzętu. Właśnie na  nim tworzę ten tekst. Na pewien czas dostałam od mamy Acer Aspire One. Malutki mini sprzęcik. Mój laptop trafił do naprawy, zaczął pracować tak wolno, że spokojnie mogła bym ugotować obiad za nim "odpalił" by się jeden plik. He...to chyba już starość...:)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz