niedziela, 8 grudnia 2013

Let it snow...czyli nowa koleżanka do odśnieżania i Scooby-Doo zamiast Mikołaja :D

Aloha!!!
No to mam zima na całego. Żadne udawane 5 cm śniegu. W moim ogrodzie leży 2 metrowej wysokości hałda białego puchu, a łopata do odśnieżania została moją nową przyjaciółką. Przed wczoraj odśnieżałam chyba z 10 razy w ciągu dnia. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że za każdym razem musiałam wykonywać tą samą robotę. Zupełnie nie nic nie było widać z poprzedniego odśnieżania. Drzwi musiałam otwierać z siłą strongmana, bo zasypywało mi wejście do domu. Ha...dodajmy jeszcze, że prądu nie było przez pół dnia i znowu musiałam opracowywać alternatywne sposoby podgrzewania mleka. Kiedy mieszkałam w mieście nie doceniałam chodników posypanych solą, teraz marzy mi się chodnik lub nawet kawałek asfaltu nie będący zamarzniętym błotem. W sumie nie wiem co gorsze,  bagno, które z reguły mam na drodze wjazdowej czy lodowe bagno, które mam teraz. Każde ma swoje plusy. Przynajmniej nie mam ufajdanych butów, ale coś kosztem czegoś. Teraz mogę spokojnie kupić sobie narty biegowe albo rakiety śniegowe bo inaczej nie da się poruszać. Podróże samochodem ograniczyłam do minimum. Dzisiaj próbowałam wyjechać, nawet mi się udało!!! To już sukces bo wczoraj samodzielnie nie byłam wstanie pokonać zwałów śniegu. Trzeba było wykopać koła i podłożyć trochę ziemi, że złapały przyczepność. Mąż mojej sąsiadki wypychał mi samochód, a ja usiłowałam rozszyfrować jego wskazówki co do tzw. "rozbujania samochodu". Prawie popłakałam się za kierownicą zmieniając biegi raz na jedynkę raz na wsteczny, dodatkowo jeszcze trzeba było wciskać sprzęgło z odpowiednią prędkością. Z tego stresu spociłam się jak prosiak, a wizja wyjazdu samochodem dopiero w marcu wydawała się co raz bardziej realna. Moja zrozpaczona mina skłoniła mojego pomocnika do zamiany ról. Napięłam moje stalowe mięśnie i niczym Super-girl z komiksu pchałam tył samochodu. Dzięki bogom sąsiad okazał się dużo lepszym kierowcą ode mnie i praktycznie sam wyjechał z tego śniegowego błota. Uff!!! "Nie utknę tu!!!" Kamień spadł mi z serca. Samochód został uratowany, a ja mam środek transportu  na chodzie. Pełna euforii razem ze znajomymi wyruszyliśmy na spotkanie z Mikołajem. Oczywiście jak to bywa w miastach Święty Mikołaj odwiedza centra handlowe ;]. My akurat trafiliśmy nie tylko na obiecanego, brodatego grubaska, ale również na Scooby-Doo. Nie wiem dlaczego akurat pies z mojej ulubionej bajki występował razem z ikoną Coca-Coli. Chyba po prostu nie jestem na czasie. Może mieć to z wiązek z faktem, że prawie wszystkie dzieci wpadały w paniczny płacz jak zbliżały się do Mikołaja. O dziwo na brązowego, przerośniętego psa reagowały z euforyczną radością, więc zamiast zdjęć z białą brodą rodzice otrzymywali świąteczne zdjęcie swojej pociechy z Dogiem ;]. Mi udało się zdobyć zdjęcia Pączka z Mikołajem. Po prostu mój mały Królik był zupełnie nie świadomy tego co się dzieje. Wykorzystałam fakt chwilowej dezorientacji kolorowymi światełkami i posadziłam malucha na kolanach świętego. Mina Malucha mówi sama za siebie. Kompletnie nie wiedział o co tu chodzi i kim jest facet, który trzyma go na kolanach. Szkoda tylko, że Pan X nie był z nami. Musiał pracować i przyjmować wszystkich połamańców usiłujących przemieszczać się po mieście. Nie mam nic przeciwko zimie. Nawet ją lubię, ale było by miło gdybym nie musiała wykopywać tunelu do drzwi wejściowych i bez strachu o życie wyjeżdżała z mojego podjazdu. He...Może przynajmniej będą białe święta:D.


 Święty Mikołaj odwiedził Pączka...:D
 Wieczorna rozpusta ze świąteczną Miką i oczywiście symbolem świąt mandarynkami...
 "Buddyjskie warzywa" (nie mam zielonego pojęcia dlaczego się tak nazywają), pyszny kurczak w orzechach i ryż...obiadek :D
 Zdezorientowany Króliczek :D
 Królik i jego nowy kumpel Szeregowy :D


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz