poniedziałek, 14 października 2013
Co dwoje dorosłych ludzi w domu to już tłok...urolp urlopem a tu i tak czarna...d....;)
Aloha!!!
Jak mi się zrobiło tęskno za chwilami spokoju. A dlaczego?? Pan X od dwóch tygodni miał urlop. Muszę przyznać, że czułam się delikatnie nieswojo, kiedy non stop przebywał w domu. Każdy mój krok był śledzony przez jego sprytne oczka. Dawno nie miałam czasu dla siebie, nie pamiętam już kiedy byłam sama. W sumie to technicznie "sama" nie jestem, mam Króliczka 24 godziny na dobę oraz dwa niesforne psy. Faktem jest, że gdy go nie ma to mamy ustalony rytm dnia. Wiem kiedy mały wstaje i się kładzie, kiedy je i jak go przekupić, żeby nie płakał. Cały dzień mija dość spokojnie. Lecz gdy w domu jest nami Pan X, wszystko ulega destrukcji. Wszystkie moje plany wsysa jakaś czarna dziura stworzona przez wszechświat. Nagle zaczynam się wszędzie spóźniać, przestaję być dziecięcą telepatką i kompletnie nie radzę sobie z maleństwem...ech...bywa ciężko...Nie wiem dlaczego tak głupieję. Wydaje mi się, że po prostu Pan X wyrobił u mnie nawyk zmieniania się w typową Blondynkę. Wnerwia mnie to, bo nigdy nie mogę mu pokazać jak świetnie sobie radzę sama. Z drugiej jednak strony on uwielbia mi pomagać. Czasami tylko wnerwiam go kiedy wykazuję się wybitną "inteligencją", która zahacza o skrajny debilizm. W takich chwilach przydaje się magiczna umiejętność wyłączania głosu dochodzącego do moich uszu. Potrafię się totalnie odseparować od rzeczywistości. Nie dociera do mnie żadne z jego gderań. Moją błogą minę tłumaczę faktem dogłębnej skruchy. Hehehe...tylko nic mu nie mówcie bo jeszcze przestanie mi pobłażać. Tak więc dzisiaj pierwszy dzień jesteśmy sami w domu. I dobrze na nam tak...mały czuje się wyluzowany. Nawet za często nie płacze, a ja mam czas na swoje sprawy. Chociaż by na głupie przeczytanie paru stron w książce czy obejrzenie ulubionego serialu. W kółko niby coś załatwialiśmy. Do celowo z tego załatwiani i multum straw, które się nam nawarstwiły, może 2 istotne misje zostały doprowadzone do końca z pełnym sukcesem. Co z pozostałymi?! nie mam zielonego pojęcia. Nie ma opcji, żebym sama ścinała drzewo lub kosiła wielki busz, który Pan X wyhodował pod naszym domem. O skoszenie tego zielska proszę go już prawie 3 miesiące. Zawsze jakoś próbuje unikać tego tematu. Dojedzie to tego, że trzeba będzie z maczetą przedzierać się przez las perzu i koniczyny...Uch...nie tylko tu mamy zaległości...Mieszkanie wygląda jak by przeleciał przez nie huragan. I znowu... niby była nas dwójka dorosłych ludzi, którzy potrafią sprzątać. A jednak...jakoś tak wyszło, że żadnemu z nas nie było po drodze do odkurzacza czy mopa. Pomija już jak wyglądają moje meble...powoli zaczynam być rekordy w ilości kurzu na pułkach. Co prawda parę razy Pan X zabierał się już za sprzątanie. Jego poczynania w tej kwestii zawsze muszą być starannie zaplanowane i wykonane według określonego schematu. Jednak tym razem na planowaniu się skończyło. Dużo gadania mało robienia.... Pingwin to dawno się już z lodówki eksmitował, zostawił tylko liścik z napisem "sajonara" i poszedł. Czyli jeszcze zakupy mnie czekają...same przyjemności :]. Tak więc...mimo urlopu i tzw. "pomocy" przy małym...czuję się zmęczona i stara jak statystyczny narzekający polak pod koniec swojego marnego życia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz