niedziela, 12 stycznia 2014

Almost free day...Prawie wolny dzień...


 


Aloha!!!
Och...ostatnio w moim życiu zachodzą spore zmiany. Spokojnie nie chodzi tu o Pana X...ani o Królika...:3. Tylko o mnie!!! Zmiany są czymś pozytywnym, nie należy się ich obawiać. Czasami wydaje się, że nic się nie układa i bijemy głową w mur, który uparcie stoi nam na drodze. Pod koniec zeszłego roku czułam się podobnie. Starałam się walczyć o wszystko, brałam do siebie wszystkie porażki  i nie dopuszczałam do siebie myśli, że może nie tędy droga. Kiedy jedne drzwi się zamykają, to za jakiś czas drugie się otwierają. Od początku tego roku powoli realizuję swoje marzenie, krok po kroczku, małymi "tiptopkami", brnę przed siebie. Prawda jestem zmęczona i wyglądam jak zombi. Cześć ze znajomych uważa, że za dużo próbuję dźwigać na barkach. Małe dziecko... cały dom do ogarnięcia... A teraz jeszcze nowe wyzwania. Ale ja chyba inaczej nie potrafię. Uwielbiam to uczucie spełnienia pod koniec dnia, kiedy kładę się do łóżka i wiem, że nie spędziłam dnia przed telewizorem lub przed komputem. Prawda jest tak, że nie mogła bym realizować swoich planów bez pomocy innych...Jestem za te osoby bardzo wdzięczna wszechświatowi, że postawił mi je na mojej drodze.
Tak więc, ciężko jest mi znaleźć teraz czas, żeby naskrobać coś porządnego na raz. Muszę organizować sobie pracę na raty, tj. między drzemkami Małego Księcia. Idzie troszeczkę wolniej, ale nie narzekam. Dzisiaj mam jeden z nielicznych dni, kiedy mam "Prawie Wolny Dzień". Dlaczego "Prawie..."? Bo "Prawie..." robi różnicę ;3. Nie pamiętam już takiej chwili, kiedy naprawdę nic nie miałam do roboty. Wydaje mi się, że przez najbliższe milion lat nie spotka mnie moment znudzenia. Można jednak powiedzieć, że dzisiaj mój grafik nie jest tak szalenie napięty jak to bywa zwykle.  Mam nawet parę minut na spokojne wypicie kawy i napisanie paru słów. Co prawda czeka mnie jeszcze projektowanie dwóch nowych szaf plus, sprzątanie całego mieszkania. Przynajmniej jestem w domu i mogę trochę czasu spędzić z maleństwem. Ostatnio mam wyrzuty sumienia, że nie mogę spędzać z nim tyle czasu co na początku. Czyli być, z nim 24 godziny na dobę. Z drugiej jednak strony, przez te chwile rozłąki mam szanse się za nim stęsknić. Na szczęście nie trwają zbyt długo. Nie wiem jak bym dała radę pracować na pełnym etacie i nie widzieć Pączka przez 8 godzin. Koszmar...teraz jak wychodzę na 2-3 godzin to już jest mi ciężko. Ma to jednak drugą stronę medalu. Czuję się spełniona i potrzeba, nie tylko jako matka i żona. Mam też inną rolę w życiu...trzeba jakoś zachować równowagę, żeby nie zwariować.

Teraz czas na dobry film i zieloną herbatę...:D








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz