Aloha!!!
Taki długi czas nic nie pisałam. Oczywiście mam coś na swoje usprawiedliwienie. Oto moja lista:
1. Zapalenie oskrzeli Królika - nadal ma kaszel, to już chyba 4 tydzień mija
2. Moje zapalenie oskrzeli, które sprzedał mi Maluszek
3. Przyjazd rodziców, jednych i drugich na raz :D
Mam dla was dzisiaj sesje zdjęciową mojego Księcia. Dzięki inwencji twórczej Pana Fotografa ja również załapałam się na parę zdjęć. Cała sesja liczy sobie około 100 obrazków. 2 godziny siedzieliśmy w studiu, Mały współpracował bez marudzenia tylko przez pierwsze 45 min. Później musiałam się włączyć do współpracy i skakać jak oszalała za placami fotografa. Bez marudzenia wykonywałam wszystkie komendy, "Pani jeszcze poklaszcze", "A może jeszcze by coś zaśpiewać, to może wtedy spojrzy w obiektyw". Królik był zainteresowany wszystkim dookoła. W nosie miał moje małpie harce. Najbardziej podobała mu się wielka lampa nad jego głową. Asystentka artysty próbowała na wszystkie sposoby utrzymać malucha w wymyślnych pozach. Koncepcja fotografa mijała się jednak z koncepcją modela. On zdecydowanie nie był zachwycony wymuszonymi ustawieniami. Zmęczyłam się okrutnie, spociłam się jak na zajęciach ze spinningu. Sam Maluszek po sesji spał chyba z 4 godziny. Jednak bycie modelką to naprawdę ciężka robota, wcale się nie dziwię, że one takie chude. Nie ma chwili wytchnienia, wykonuje się polecenia fotografa bez mrugnięcia okiem. Inaczej jest się narażonym na jęki i stęki pod tytułem "Dlaczego on nie chce siedzieć, przecież teraz to złe ustawienie", "Proszę ustawić stopy szeroko...nie aż tak...teraz za blisko...prawą piętę bardziej na bok...nie ten bok".
wtorek, 25 lutego 2014
środa, 12 lutego 2014
Walentynki...Part 2...Miłośc własna
Aloha!!!
Dzisiaj mam dla was encyklopedyczne podejście do "miłości własnej". Od jakiegoś czasu jest to bardzo modny, wręcz popularny rodzaj miłości. Non stop w środkach masowego mącenia w głowach mówi się o potrzebie pokochania siebie. Bo jak można...żyć bez akceptacji samego siebie i pokochania tym kim się jest. Podobno nie należy go mylić z egoizmem. Dla mnie "miłość własna" to zrozumienie wewnętrznych potrzeb i kreowania siebie w jak najdoskonalszy sposób. Nie tylko fizycznie lecz również emocjonalnie. Dbanie o własne ciało i rozwój duchowy, przede wszystkim umysłowy. Tworzenie miłości do siebie nie jest niczym złym...powinniśmy dbać o to co dostaliśmy od natury. Rozwijać swoje umiejętności i poszukiwać nowych wyzwań. Jednocześnie zdawać sobie świadomość z możliwości jakie posiadamy. Ale czy to nas ogranicza? Nie...bo granic nie ma. Ważne, żeby wierzyć w to co się robi, a w szczególności w siebie. Mamy tylko jedno, życie i jedno ciało. Więc dbajmy o nie. Nie zastanawiajmy się dlaczego nie mam dłuższych nóg lub większego biustu. Cieszmy się z tego jakimi jesteśmy. Tylko my tworzymy własny wizerunek i 100 % czasu spędzamy sami ze sobą...a więc nie ma sensu marudzić na swojego najlepszego towarzysza. Trzeba go po prostu pokochać. W walentynki możemy zrobić coś dla siebie...wziąć ciepłą kąpiel z ulubionym czekoladowym olejkiem lub np. skorzystac z najbardziej popularnej odpowiedzi jaką uzyskuję od znajomych na pytanie "Co robisz w walentynki?", "Jak to co...biceps i klatkę". Też jakieś rozwiązanie...w końcu moje ciało to świątynia...;3
A oto co Wikipedia mówi o Miłości Własnej:
Miłość własna – miłość do samego siebie, kierowana pragnieniem własnego szczęścia. Często kojarzona z egoizmem, choć nie są to synonimy.
We współczesnej duchowości chrześcijańskiej podkreśla się, że miłość własna sama w sobie nie jest zła. Złe jest tylko nadmierne skupianie uwagi na sobie (egoizm, narcyzm).
Św. Augustyn podkreślał:
| „ |
Kto nie umie kochać siebie, nie umie też kochać bliźniego[1]
| ” |
Św. Tomasz z Akwinu pisał, że człowiek z natury został stworzony do ukochania wszelkiego dobra, włącznie ze swoim własnym. Miłość do samego siebie ubogaca się i doskonali poprzez bezinteresowną miłość do innych. Miłość jaką ktoś darzy drugą osobę, "wynika z miłości, jaką ma wobec samego siebie"[2].
Naturalna miłość do samego siebie to niezbędna i niezbywalna troska o zachowanie własnego istnienia i jego doskonały rozwój aż do osiągnięcia ostatecznego szczytu[3].
Miłość jest idealnym wzorcem dla rozwoju wszelkich osobowych możliwości, wśród których jest dążenie do bycia szczęśliwym i uszczęśliwiania innych[4]
wtorek, 11 lutego 2014
Made My Day... Przed walentynkowe rodzaje miłości Part 1...Miłośc Platoniczna
Aloha!!!
Z faktu walentynek postanowiłam co dziennie dodawać wpis o miłości. Tak wiem, ile można...ale co tam przecież jest tyle jej odmian. Ja od dłuższego czasu poznaje rodzaj miłości do dziecka, bezwarunkowego oddania do końca życia. Ale czy kiedykolwiek miałam do czynienia z innym rodzajem...sądzę, że na pewno. Mam w końcu Pan X, rodziców, przyjaciół, siostrę, zwierzaki i samą siebie. Każdą osobę kocha się inaczej. Nie ma jednego określenia dla uczuć jakie ludzie żywią do siebie. Dzisiaj w pierwszej części cyklu mam parę cytatów i encyklopedyczne określanie tzw. "miłości najczystszej".
Miłość platoniczna – miłość wzniosła, wyidealizowana, wolna od seksu i zmysłowości, przyjacielska, bezinteresowna, lojalna i wierna. Stanowi motyw w literaturze i sztuce od czasów renesansu.
Koncepcja miłości platonicznej wywodzi się z pism Platona (w szczególności z jego Uczty). Współczesne znaczenie ma jednak niewiele wspólnego z pierwowzorem. U Platona miłość była drogą wiodącą ku wyższym formom poznania, od miłości cielesnej, w szczególnościhomoseksualnej, ku poznaniu idei dobra i piękna. W okresie renesansu starano się pogodzić nauki Platona z chrześcijaństwem, które potępiało homoseksualizm. Doprowadziło to do reinterpretacji Platona, początkowo przez włączenie w tę koncepcję również miłości heteroseksualnej, a następnie poprzez wypracowanie pojęcia miłości platonicznej jako miłości czysto duchowej.
(inf...http://pl.wikipedia.org/wiki/Mi%C5%82o%C5%9B%C4%87_platoniczna)
Platoniczna miłość jest jak złota rybka…
marząc o głębi oceanu... uwięziona w szklanej kuli
Platoniczna miłość nigdy nie okaże się być wzajemną. To nie w jej stylu.
Miłość platoniczna to nie miłość tylko większe uczucie
Więc pytam, skąd się bierze ta najsilniejsza miłość? Miłość niespełniona i często tylko platoniczna. Czy to wyszukana forma kary, przykry żart czy sposób na hart ducha?
Lepiej kochać miłością platoniczną niż nienawidzić z wzajemnością.
(inf...http://szukaj.cytaty.info/mysli/mi%C5%82o%C5%9B%C4%87+platoniczna.htm)
wtorek, 4 lutego 2014
Made My Day...Wyzwanie z kaloryferem...
Aloha!!!
Oto nowe wyzwanie jakie postawiłam sobie z Panem X: Kto pierwszy zbuduje płaski brzuch!!! W sumie to nawet nie wiem o co się założyliśmy. Jako takiej nagrody nie ma, ale liczy się sam sukces i bycie rodzinnym zwycięzcom. Sama dużo trenuję, więc nie był mi ten zakład potrzebny do motywacji. Robię to dla mojego kochanego męża...teraz On czuje na sobie presję i co dziennie ćwiczmy. Trening jest krótki, ale liczą się chęci :D
Oto nasz 1. zestaw ćwiczeń "made by me" ;3 (wystarcz na około 1 tydzień):
30 x pajacyki
30 x brzuszków ze stopami na podłodze
30 x pajacyki
30 x brzuszki ze stopami w powietrzu
30 x pajacyki
10 x pompek (ja robię "damskie" a Pan X zwykłe)
20 x brzuski, nogi proste w kolanach leżą na ziemi i przy każdym dźwignięciu dotykamy dłońmi do palców u stóp
3 x 1 min stania przy ścianie w pozycji "krzesła", plecy oparte o ścianę, stopy na szerokość bioder, kąt 90 st. w stawie kolanowym
Jak macie ochotę zapraszam do przetestowania. Powoli zaznam dodawać nowe elementy. Wydolność się powoli buduje, więc trzeba coś zmieniać...w następnym poście dorzucę parę ćwiczeń extra :D Sama zaczęłam swoją przygodę z Power Pump i powróciłam do zajęć Fit Jogi :D Znowu czuję, że żyję :D
Wizyta w Ikea...po zakupach też miałam podobną minę... :D
Pora na przygodę :D
Pierwszy nie zmiksowany banan...:D
Po wieczornym treningu...jeszcze jest siła...:D A doszły nam hantle i sztangi :D
środa, 29 stycznia 2014
How To Ruin The Mood...
Aloha!!!
Nie ma to jak rozpocząć dzień z lipnym humorem, a później dobić się jeszcze bardziej.
Z samego rana wstałam jak zwykle nie wyspana. Królik jak co noc baraszkował w łóżeczku. Co raz częściej podejrzewam go o lunatykowanie. Nie wiem czy to możliwe, ale moje dziecko wędruje w łóżeczku z zamkniętymi oczami i gada do siebie. Hym...ciekawe...? Jeśli macie jakiś pomysł na przystopowanie takich nocnych harców czekam na propozycje. Oprócz marudnej mnie wstał również, równie nie pocieszony Pan X. Jego mina mówiła jedno..."od jutra wyprowadzam się na kanapę w salonie". Moja mina mu odpowiedziała..."a może to ja się tam przeprowadzę...proszę;3". Na co jego wzrok wycedził stanowcze "Chyba śnisz...". Jednym słowem zostałam przelicytowana i samotnie pozostawiona na polu walki. Z miną zbitego szczeniaka powlokłam się do łazienki, próbując zmyć hańbę porażki i zmęczenie z moich oczu. Moje dziecko jakimś magicznym sposobem odnalazło w łóżeczku pokrowiec na mój telefon i zgryzło mu jeden bok. Różowy kot stracił jedno ucho i oko. Jego dwa mleczne zęby potrafią być naprawdę groźne. Ostatnie z łóżka zlazły Coco i Jack, od razu zażądały wyprowadzenia na spacer pod groźbą obsikania nowego dywanu w salonie. Musiały jednak poczekać, aż ubiorę pełnego energii brzdąca. W tym czasie tupały w kółko poszczekując. Dobrze, że mamy zimę, bo gdy wychodzę z czworonogami na spacer nikt nie widzi pod zimowym płaszczem piżamy. Naprawdę nie mam czasu się porządnie ubrać. Kiedyś próbowałam zmienić piżamę na dres...ta...później musiałam oddać dywan do pralni. Zemsta moich słodkich psów była bardzo śmierdząca i kosztowna. Dla uproszczenia sobie sprawy po prostu zasypiam w dresach. W sumie przynajmniej nie wyróżniam się z tłumu. Na naszej wsi to podstawowy element garderoby. Ostatnio zaważyłam, że bez przerwy chodzę w sportowych ciuchach. Jak nie mam treningu, to wracam do domu i przebieram się w domowe dresiory. Jednym słowem zmieniam się w rasowego przedstawiciela Trójmiasta. No może jeszcze trochę mi brakuje. Kiedyś usłyszałam, że prawdziwy Gdańszczanin chodzi w ortalionowym tresie. Hym...Chyba jeszcze trochę mi brakuje. Moje poczucie stylu jeszcze tak nisko nie upadło. Po powrocie, ze spaceru zastałam Małego w foteliku z butelką kaszki i gorący kubek czarnej kawy z cukrem czekający na mnie na stole. ;3 Uch...kocham tego mojego mężczyznę ;3. Jak chce to potrafi się postarać. W sumie z takim pozytywnym akcentem wyruszyłam na wspólne ćwiczenia dla mam i dzieci. Dobrze, że chociaż Jaszczur (nowe przezwisko Pączka, wymyślone przez naszych znajomych) wyspał się w nocy. Nawet ani razu nie jęknął w trakcie zajęć... Był dzielny jak "czterej pancerni i pies". Ja natomiast spociłam się jak prosiak i bolały mnie wszystkie mięśnie. W dodatku ubrałam Małego w nowy sweterek na zajęcia. Okazał się tak śliski, że non stop podjeżdżał mu pod pachy przy chwytaniu ;]. Więc zamiast skopić się na tym co mam robić poprawiałam mu ubranie. Po powrocie do domu i uśpieniu Potworka (zawsze zasypia po ćwiczeniach ;D) zabrałam się do zrobienia obiadu. Jak już wiecie postanowiłam, zmniejszyć ilość mięsa w mojej diecie. Nie wiem co mnie podkusiło do zrobienia spaghetti z tofu. Raz już próbowałam i zakończyło się to sromotną klęską. Smakowało jak podeszwa ze zużytego trampka gimnazjalisty. Nigdy nie próbowałam takiego buta ale chyba musi smakować jak moje tofu. Tym razem nie było lepiej. W dodatku zepsułam swój ulubiony sos...zielone pesto z orzeszkami...;[. Zjadłam wszystko poza paskudnym tofu...Pan X bez marudzenia wciągnął miskę makaronu z paskudną gumowatą substancją. Chciał mi zrobić przyjemność przed dobiciem mnie HITEM DNIA. Po podziękowaniu za "pyszny" obiad po cichu wspomniał, że wjechał moim autem do rowu urywając lusterko...WHAT!!!!!...Ale uspokoił mnie, że przykleił je na Kropelkę. Prosił tylko żeby nie trzaskać drzwiami, bo nie wie ile wytrzyma...WHAT!!!! Po czym zapytał czy może mamy jakiś deser...WHAT!!!! I love my life...;3
niedziela, 26 stycznia 2014
Made My Day in Photos... 3 lata do trzydziestki :3
Aloha!!!
No i stało się...od wczoraj mam 27 lat. Wiem, mam już swoje lata i pora na emeryturę...a gdzie tam!!! Za 3 lata będę miała 30 lat. Wtedy dopiero zacznie się nowe, życie. Podobno trzydziestka to nowa dwudziestka. ;3 Ta...a jak będę przed czterdziestką to to też będzie nowa dwudziestka. A co tam!!! Raz się, żyje... Ja tam się czuję na nie więcej niż naście. Z tą różnicą, że mam mniejszy bajzel w głowie i mniej więcej wiem czego chcę...:3 Nadal uwielbiam oglądać kreskówki i śpiewać do samej siebie, kiedy tego nikt nie słyszy. Królik jest jedynym słuchaczem moich radiowych cover'ów. Trochę z przymusu trochę z chęci. Do jego ulubionych hitów należy przed wszystkim "Koła autobusu kręcą się..." i "Raz rybki w morzy brały ślub...". Moje wersje tych hitów zawierają również skomplikowaną choreografię i dzikie miny. "full wypas" ;]...
Dzisiaj przygotowałam małą fotorelację z ostatniego tygodnia... jak zwykle zabiegana i ostatnio obsmarkana przez Pączka nie załapałam się na sesję. Niestety katar Malucha i brak snu nie sprzyjają urodzie. Znowu zamieniam się w zombi. W sumie przez ostatnio 7 miesięcy jedynie gruba warstwa makijażu pozwala ukryć moje zmęczenie. Ale tak to już jest " coś za coś". Ja tam nie żałuję...:D
wtorek, 21 stycznia 2014
Słowa otuchy...i wariactwa dnia codziennego...
Aloha!!!
Co za wariacki okres się zaczął. Dzieje się tyle, że czasami nie wiem w którą stronę się odwrócić. Nie mam pojęcia jak ja sobie. Jest na to prosta odpowiedź... Nie radzę!!! Ostatnio zdarza mi się zapominać o części spraw, które mam do załatwienia. Czuje się jak bohaterka filmu z Sarą Jessica Parker pt. "Jak ona to robi". Między nami jest jedna zasadnicza różnica. Ona jest wzorem poukładania i logistyki. Mi to jakoś nie wychodzi. Wszędzie mnie pełno, ale chyba nie zawsze jestem obecna w 100 %. Muszę dzielić swoją uwagę na istotne tematy i na te mniej.Wiem, to nie za dobrze...muszę się w końcu sprecyzować. Długo tak się ciągnąc nie da. Ech...zobaczymy na ile jeszcze starczy mi sił.
Z faktu pewnych okoliczności, z którymi dzisiaj miałam styczność. Chciałam się podzielić zwami pewnymi słowami, które kiedyś usłyszałam do bardzo mi drogiej osoby. Mam nadzieję, że również i was zainspirują. Pomiędzy jej słowa wplotłam własne, do których musiałam również dojrzeć.
Jak płatki śniegu, odciski palców i gwizd na niebie... nie ma takich samych istot na ziemi. Jak to mówił Marti w Madagaskarze "Jestem wyjątkowy". Każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Na swój nietypowy sposób. Czasami, w moich gorszych chwilach nie czuję się wcale wyjątkowa. Ale spójrzcie w lustro. Wszystko w nas jest niesamowite. Nie ma na świcie osoby, która jest dokładnie identyczna jak ja czy ty. Myślę, że znalazła by się osoba podobna (w moim przypadku często słyszę że jestem podobna do Scarlett Johanson, jednak ja nie pokładam w tych słowach wiary ;3). To jednak nie jest ona odbiciem twojego obrazu. No chyba, że mamy dostęp zaawansowanej techniki biomolekularnej i umiemy się klonować. Wiadomo są bliźniaki jednojajowe, ale nawet one mają różne charaktery i DNA. Raczej małe jest prawdopodobieństwo, że spotkamy samego siebie spacerującego po parku lub plaży. Każdy z nas ma w sobie indywidualne cechy, które czynią nas unikatowymi. Mamy proste lub kręcone włosy, niebieskie lub brązowe oczy albo i takie i takie. A może ktoś ma podobne włosy do moich czyli, żyjące własnym życiem i przypominające znak drogowy. Nie chodzi tu jednak tylko o sam wygląd. Może ktoś z nas jest wyjątkowo cierpliwy lub potrafi poprawić humor najprostrzym słowem. Znam parę osób posiadających podobne zdolności... To dary wyjątkowości. Zapominamy o ty jak bardzo jesteśmy niesamowici. A nasze największe talenty mamy tuż przed sobą. Często staramy się dopasować do jakiejś grupy. Chcemy by wszyscy nas zaakceptowali. Nie zawsze to ma znaczenie. Najważniejsze to samemu pokochać siebie. W pełni zrozumieć własne potrzeby. Wszystko zaczyna się w środku... w nas...tam gdzie jest serce. Nie musimy na siłę szukać akceptacji u innych. Jeśli oni nie widzą tego jak fantastyczną sobą jestem...trudno ich strata. To oni tracą...nie my. Gdzieś na świecie znajduje się osoba, dla której będziemy najcudowniejszą istotą jaka chodziła po ziemi. Zaakceptuje nasze niedoskonałości, dla niej ich wcale nie będzie. Czasami, czujemy się nie chciani i samotni. Nie ma w tym nic złego. Ponieważ na świcie jest tylu ludzi przeżywających podobne rozterki. Wielu jeszcze nie znamy. Idąc naszą drogą mamy szanse spotkać właśnie tych właściwych. Nie jest to prosta trasa, ma góry i doliny...często te drugie odczuwamy dużo mocniej. To cena jaką płacimy za życie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Właśnie dzięki tym słabszym momentom doceniamy dobre chwile. Warto trenować swoje pozytywne myślenie. Podobnie jak nasze mięśnie, potrzebujące pracy by były silne i mocne. Nasze wnętrze również potrzebuje ćwiczeń. Pewien człowiek powiedział kiedyś " Żyję ze świadomością śmierci do daje mi siłę by każdy dzień tworzyć ważny". To my jesteśmy wyjątkowi i mamy władzę nad czasem, który nam dano. Nasze największe talenty drzemią w nas. Każdy go ma...nie ma ludzi pozbawianych jakiejś unikatowej cechy. To nas od siebie odróżnia...wyjątkowość... Możecie zrobić z tymi słowami co chcecie...ja je kiedyś usłyszałam i trafiły do mnie. Mam nadzieję, że was również zainspirują ;3...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)









.jpg)






