Nie spędziliśmy jakoś "super" specjalnie Jego święta...ot zwykły poranek z serowymi placuszkami i truskawkowym sosem. Samodzielnie wykonane danie od początku do samego końca :D. Jestem z siebie dumna. Pączkowi oczywiście najbardziej smakował słodki sos, a truskawkami podzielił się z psami, dywanem, siedzonkiem i moimi włosami. A co?! kto bogatemu zabroni...!!! Razem wyprowadziliśmy psy i wybraliśmy się do Sopotu. Trasę, którą w tygodniu pokonujemy w 30 min, zrobiliśmy w 1,5 godziny. Co za koszmar...Boże dziękuję ci za klimatyzację w samochodach...bez niej nie dało by się jeździć w korkach. Maluch wyjątkowo dobrze zniósł ślimacze tempo i przemarudził tylko ostatnie pół godziny. Natomiast mój poziom irytacji zbliżał się wielkimi krokami do maximum. Spocona z emocji wytoczyłam się z auta na parking. Wykonałam parę skłonów i kopnięć w oponę mojego wehikułu. Dzięki mini gimnastyce napięcie wróciło do normalnego poziomu i mogłam swobodnie składać wózek Królika. Okazało się, że mój pierwotny plan odwiedzin"Targu śniadaniowego" spalił na panewce. Za chiny ludowe nie mogłam odnaleźć strategicznego miejsca pokazanego na GoogleMaps. Łaziłam tam i z powrotem pchając pojazd Kluchy. W końcu po 20 minutach krążenia poddałam się i postanowiłam improwizować. Spacerowaliśmy chwile po alejkach i wdychaliśmy mgiełkę solanki siedząc na ławce w różanym parku. Maluch okazał się mało wymagający...Najbardziej podobało mu się, gdy siedzieliśmy na łące pełnej stokrotek wcinając biszkopty...:D Ostatnio brakowało mi cierpliwości dla mojego synka. Testuje moje nerwy jak tylko potrafi. Dlatego dzisiaj bardzo ucieszyły mnie te wspólne przytulanki. Niby nic specjalnego...a jednak :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz