niedziela, 26 maja 2013

Zakupowe polowanie...herbata z "glutkami"...i niemiecki finał Ligii Mistrzów...

Dzisiaj rano podliczyłam, że w nocy pobiłam rekord w odwiedzaniu pewnego "ustronnego" miejsca. Nie jest to jednak powód do dumy, ponieważ kompletnie się nie wyspałam. Prawie dwie godziny leżałam plackiem na łóżku starając się ułożyć w jakieś optymalnej pozycji, ale w chwili gdy moje oczy już się zamykały do mojego mózgu dochodziła informacja "Ding...ding...ding...toaleta". Chryste, za wszelką cenę starałam się nie wstać z łóżka po raz tysięczny, jednak moja fizjologia pozostała nieugięta. Stwierdziłam wiec że nie ma sensu   kłaść się ponownie bo i tak już nie zasnę. Dzięki bogom, pogoda jest w sam raz do mojego stanu. Nie mam obrzęków a Mały Pączek zachowuje się całkiem spokojnie. Z reguły mój mały Chłopak wyładowuje swoje nie zadowolenie na przypadkowych obiektach w zasięgu przestrzeni brzucha np. żebra czy splot słoneczny. Wciąż jestem w szoku, że dzisiaj ogranicza się do przyjemnego przeciągania i delikatnego wiercenia.

Cały mój nocny kłopot został spowodowany wczorajszymi wydarzeniami. Jak powszechnie wiadomo odbyły się dwa ważne wydarzenia, Koncert Panny B. oraz Finał Ligii Mistrzów. O dziwo, opcja oglądania meczu wygrała z możliwością wyjazdu do Warszawy na Orange Festiwal. Zgadałam się wczoraj rano z kumpelą, że skoro mój Pan X, postanowił spędzić weekend w pracy a jej mam służbę to może razem posiedzimy wieczorkiem oglądając jak stado facetów biega za piłką. A czemu nie pomyślałam?! W moim stanie i tak mało realne było by przebycie trasy do stolicy, więc co mi tam. Tym bardziej, że poczułam się samotna i zapomniana przez cały świat...a dokładniej mówiąc przez pewną osóbkę (nie były nią Pan X, on naprawdę pracuje). A tam...nie ma co się nad sobą rozczulać. Bez obaw, pomyślałam, że i tak będzie wesoło, a poza tym miałam jechać na zakupy w poszukiwaniu letniej torebki. Jak wiadomo nie ma nic lepszego na poprawę humoru niż zakupy. W połowie realizacji "Misji różowa torebka", zadzwoniłam jeszcze do jednych znajomych, którzy wyrazili chęć wspólnego spędzania czasu :D. Jednym z powodów była fakt braku telewizora w mieszkaniu...ale co tam. I jak tu ich nie uwielbiać...prawdziwe anioły zabawicie od samotnej nudy. No może nie do końca rasowe,  ale serducha mają czyste i dobre :D. Kiedy człowiek w potrzebie zawsze, staną na głowie, żeby dotrzymać ci towarzystwa. Dodatkowo moja kochana "Kasztanowłosa" postanowiła towarzyszyć mi w poszukiwaniu upragnionej torebki. Razem zaczęłyśmy moim powolnym ślimaczym tempem zwiedzać witryny sklepów, które coraz bardziej przypominają Muzeum Osobliwości. Okazało się, że w tym roku modne są albo torebki z plastiku albo z ćwiekami. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że w głowie stworzyłam sobie wzór, którego nigdzie nie znalazłam. Ta...w sumie zaraz on istnieje jednak cenowo stanowczo znajduje się poza zasięgiem moich finansów. Docelowo, wpadłyśmy do nowo otwartego butiku " Sinsay", gdzie zakochała się w czarnej torebce z ćwiekami na pasku. Mamo...sklep jest wart polecenia osobą, które lubią oryginalne print'y na koszulkach i nie tylko...naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Na pewno tam jeszcze wrócę. Na sam koniec poszukiwań, ku mojej radości odkryłyśmy, że w Centrum otworzyli kramik z moją ulubioną herbatą..."Bubble Tea". Jak ktoś jeszcze nie próbował szczerze zapraszam do przetestowania owej glutkowatej herbaty. Dlaczego glutkowatej?? Ponieważ poza cudownym smakiem samego napoju zawiera w sobie fenomenalne żelki, które pod naciskiem zębów albo pękają uwalniając pyszny soczek albo chrupią... ;D Super...oczywiście trafiony wymysł azjatyckiej części świata.

Wieczorem, wszyscy razem postanowiliśmy zasiąść na kanapie przed telewizorem z zamiarem obejrzenia widowiska. Początek był dość ciężki ponieważ, mój kochany Leje Pospolity (york o i minie Jack)nasikał na kanapę, w akcie protestu spowodowanego brakiem zainteresowania jego osobą. Musiałam wiec jeszcze wyprać kanapę, przy użyciu środka do prania mebli o tajemniczej nazwie "Wezyr". Okazał się jednak skuteczny po odkurzeniu mogliśmy przystąpić do kontemplowania piłkarskiego pojedynku.  W naszej ekipie znalazł się jeden męski rodzynek, który bardzo cierpliwie tłumaczył kto jest kim i którzy to tzw. "nasi" ;). Z dziwczynami oddałyśmy się podziwaniu urody i pośladków piłkarzy oraz komentowaniem co ciekawszych fałi. Zabawa tak się rokręciła, że nie zyważyliśmy kiedy skończyła się pierwsza połowa a zaczęła druga :) (ku rozpaczy naszego "rodzynka"). Szczerze dawno tak dobrze się nie bawiłam ... do naszej piłkarskiej ekipy idealnie pasował cytat z jednej z moich ulubionych książek " Im bardziej dążysz do normalności, tym większe prawdopodobieństwo, że zaliczysz wszystkie możliwe odchylenia od normy". Całość oczywiście w pozytywnym znaczeniu :D Z taką ekipą nie straszne są nieuchronne etapy życia : bezrobocie, klimakterium czy oziębłość seksualna;)  Objadałam się typowych meczowych przekąsek, napiłam się bezalkoholowego kremowego piwka i  śmiałam się do rozpuku. Może dlatego dzisiaj moje Maleństwo jest pełne takich pozytywnych emocji. :D Naprawdę fenomenalny wieczór...zakończony bezsenną nocą, prawie jak po prawdziwej imprezie :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz